Zawartość serwisów internetowych coraz częściej pozostawia wiele do życzenia. Tam, gdzie liczy się czas, nietrudno o pomyłkę. Jeśli jednak pomyłek jest zbyt dużo, trzeba się zastanowić nad jakością produkowanej treści. Jako czytelnik i osoba, która poniekąd Internetem zajmuje się zawodowo, pozwoliłem sobie przedstawić kilka grzechów polskiego kontentu.
Brak oryginalności – ten zarzut będzie powtarzał się stale i wszędzie. Kontent ma jednak to do siebie, że oryginalny nie jest i już.
Przestarzałość – dewizą serwisów internetowych jest „mieć wszystko to co konkurencja i jeszcze więcej”. Trzymanie się tej zasady wielu jednak niezbyt wychodzi (patrz: Wirtualna Polska, Onet, Gazeta oraz Interia).
Błędy – to już zupełnie inna kategoria i chyba jeden z „najcięższych” grzechów. Chodzi tu nie tylko o zwyczajne literówki (wiadomo – pośpiech, każdemu może się zdarzyć). Błędy w nazwiskach, nazwach miejscowości, błędy ortograficzne, niezręczności stylistyczne (np. „Runęła potężna scena w czasie koncertu”, „Włamanie do domu mecenas policjantów od Olewnika” – to z Gazeta.pl – szyk przestawny stosuje się głównie w poezji!). Ilość błędów świadczy nie świadczy jednak o złej jakości informacji czy jakości serwisu m- do czasu. Świadczy raczej o kiepskim systemie ich wyłapywania, np. przez kierowników redakcji czy wydawców.
Błędy wynikają również z pospiesznego planowania tekstu co najczęściej owocuje „pomieszaniem z poplątaniem”. Często efektem jest podanie wszystkich najważniejszych informacji w leadzie (wstępie) a sam tekst jest już zwykłym wodolejstwem.
Półprawdy – każda półprawda to wprowadzenie w błąd użytkownika, czyli – mówiąc po prostu – kłamstwo. Dzisiejszy przykład: strona główna Onet.pl zamieszcza tekst zatytułowany: „Powstanie Warszawskie jest mitem”. Chodzi tymczasem o słowa prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który powiedział, że powstanie warszawskie urosło do rangi mitu. Różnica w odbiorze treści jest poważna.
Szokujący tytuł to – według wielu – najlepszy sposób na sprzedanie treści według mnie – lepszym sposobem jest tytuł intrygujący). Doskonale dowodzi tego również przypadek Pauliny Młynarskiej, która – opowiadając o roli w „Kronice Wypadków Miłosnych” A. Wajdy – stwierdziła, że została „mentalnie zgwałcona”. Prawie wszystkie serwisy internetowe zamieściły na swoich stronach głównych tytuł z serii „Młynarska została zgwałcona na planie filmu”. Bohaterka newsów zapowiedziała, że media, które w tak bezczelny sposób przekręciły jej słowa czeka szereg spraw sądowych. Publikując tak skonstruowany tytuł, portale udowodniły, że różnicą między nimi a Pudelkiem jest konto pocztowe. Nie szanują przy tym inteligencji swoich użytkowników (a powinny).
Inny przykład: szeroko opisywane prze media zniszczenie irackich zabytków w Babilonie. Okazało się, że – opierając się na raporcie ONZ – wielu redaktorów nie chce albo nie potrafi przeczytać co dokładnie w nim napisano. Wielu z nich stwierdziło, że to Polacy zniszczyli m.in. „bramę Isztar”. W rzeczywistości brama Isztar znajduje się w muzeum w Berlinie (od dość dawna) a raport ONZ winą za zniszczenie zabytków obarcza Amerykanów jednocześnie chwaląc Polaków za podjęte próby ratowania zabytków, których nie zniszczył amerykański ciężki sprzęt.
Półprawdy wynikają również z błędnych tłumaczeń. Duży procent kontentu opiera się na tłumaczeniach i skrótach zagranicznych artykułów – legendarne już „fire tanks” (wozy straży pożarnej) w artykule dotyczącym pożarów lasów w Kalifornii, na Onet.pl przetłumaczono jako „czołgi przeciwpożarowe”.
Wykop – największy polski serwis diggowy powinien poważnie zastanowić się nad tym, czy nie zacząć pobierać opłat za treści wykopane przez użytkowników. Tak się jakoś utarło, że to co jednego dnia znajduje się na stronie głównej, za 2-3 dni ląduje – również na stronie głównej – któregoś z serwisów internetowych. Wiadomo, że jedne serwisy wzorują sę na innych, ale czasami (chociażby w przypadku Dziennik.pl), staje się to zbyt widoczne.
Kradzież – brak oryginalności to jedno a kradzież to drugie. Dużym i znanym serwisom się to nie zdarza i nie opłaca. Mniejszym – bardzo często. Polecam dyskusję na Antyweb.pl poświeconej „polityce tekstowej” jednego z serwisów internetowych. Od siebie dodam, że kradzież tekstów nie zawsze jest elementem „zamierzonym” przez kierownictwo. Bardzo często to tylko i wyłącznie element „własnej inwencji” pracowników, którzy postanawiają ułatwić sobie pracę. W tym przypadku należy być ostrożnym z ferowaniem wyroków.
Brak proporcji – coraz częstszym grzechem jest brak proporcji między rodzajami kontentu. Zaznaczam, że zarzut ten dotyczy przede wszystkim portali oraz serwisów, których charakter pozywa się spodziewać zarówno tekstu jaki i zdjęć. Od pewnego czasu (ja zawróciłem na to uwagę kilka miesięcy temu) stopniowo maleje ilość tekstów, który jest zastępowany przez galerię zdjęć z krótkimi opisami. Tym samym treść często traci na jakości i zostawia czytelnika (czy też raczej widza) niedoinformowanym.
Rozumiem, że taktyka tego typu pozwala wygenerować dużo większą ilość odsłon, ale o „jakość” internauty również warto dbać. Typowym przykładem tej strategii jest Wirtualna Polska. Z kolei np., na rp.pl mamy z sytuacją odwrotną. Wydawcy serwisu postawili wyłącznie na treść testową prawie zupełnie zapominając o galeriach.
I to by było na tyle. Mimo, że “grzechów” jest 7, nie wszystkie są “główne” – niektóre to “grzeszki”, które – w dużej ilości – zaczynają jednak razić.
Foto: screen strony głównej Wp.pl [05.08.2009]
- Dobry kontent kontra zły kontent(Średnie podobieństwo)
- Kim jest content writer?(Średnie podobieństwo)
- Współpracownicy – na wagę złota(Małe podobieństwo)
- MyTribe: nie dla mnie(Małe podobieństwo)
- Nie znamy społecznościówek - a po co?(Małe podobieństwo)


