Pomijając okropne logo i wprowadzanie najnowszej usługi Google etapami, Buzz został dość dobrze przyjęty przez internetową społeczność. Zyskał już miano zadośćuczynienia za Wave.
Szczerze przyznam, że o Buzz usłyszałem całkiem niedawno. O funkcjonalnościach aplikacji wiedziałem jeszcze mniej. Kiedy wreszcie – po 24 godzinach od momentu premiery – w panelu Gmaila pojawiła się znana już ikonka, przede wszystkim zaskoczyło mnie to, jak dużo osób już korzysta z mikroblogu. Całkiem spory procent znajomych z Blipa pojawił się również tutaj. N pierwszy rzut oka, Buzz rzeczywiście przypomina Google Wave w wersji light. Po bliższym przyjrzeniu podobieństwo kończy się jednak na sposobie prezentacji treści.
Kilka słów o Buzz
Buzz posiada klasyczne funkcje mikrobloga: zamieszczenie wpisów (buzzów?), ich ocenianie i komentowanie oraz zarządzanie kontaktami. W sumie nic szczególnego – takie rozwiązania mają chyba wszystkie mikroblogi świata. Ten wyróżnia się integracją z Gmailem (dlatego w Buzz automatycznie obserwujesz do 40 osób z listy kontaktów). I mimo, że przez wielu takie rozwiązanie jest uznawane za wygodne, powiadomienia o komentarzach i aktywności obserwowanych osób potrafią skutecznie zaśmiecić skrzynkę pocztową. I to mi się nie podoba.
Z drugiej strony Buzz to webowa wersja społecznościowego kombajnu, pozwalająca integrować konta na You Tube, Flickrze (własność Yahoo!), Twitterze (wręcz obowiązkowo), Picasie i kilku innych. W oczy od razu rzuca się brak Facebooka. Co ciekawe, Google zbyło pytania o brak integracji z największą społecznościówką świata prostym PR-owskim tekstem: nie mamy w tej kwestii nic do dodania, ale z pewnością jest to coś, o czym pomyślimy. Oczywiście pojawiły się pytania o możliwą integrację z Foursquare.com i zarzuty tworzenia przez Google zamkniętej platformy. Myślę, że na razie nie ma sensu się nad nimi pochylać. Buzz dopiero wystartował.
Buzz: opinie i zarzuty
Swój komentarz na temat aplikacji opublikowały m.in. Yahoo i Microsoft. Chłopcy spod znaku „Y!” stwierdzili, że… minął już prawie rok odkąd uruchomili Yahoo Updates– społecznościowe narzędzie pozwalające na dzielenie się informacją oraz informować znajomych i rodzinę o aktywności online. Z kolei panowie z Microsoftu bez owijania w bawełnę oświadczyli, że zajęci ludzie nie potrzebują kolejnej sieci społecznościowe, tylko wygodnego agregatora treści. Dokładnie takiego jak HotMail. Konkurencja wyraziła niepochlebne opinie – znaczy, że produkt się przyjmie?
Ciekawym zarzutem na typowo polskim gruntem jest sposób wprowadzenia Buzz. Paweł Okopień (BlondIT) przyrównał go do wprowadzenia Śledzika na Naszej-Klasie – przymusowo i bez pytania o zgodę. Częściowo można się z tym zgodzić, ale protestów z tego powodu raczej nie będzie. Powód? Google, w odróżnieniu od NK, dał użytkownikom Gmaila możliwość usunięcia Buzz z panelu. Dlatego porównanie do Śledzika jest nieco na wyrost.
Dość nietrafione jest również zarzucanie Buzz’owi braku poszanowania dla prywatności (robi to m.in. Nicolas Carslon). Chodzi o to, że obserwując daną osobę, widzisz jednocześnie komentarze osób, którzy obserwują tą osobę. Szkopuł tkwi w tym, że ty nie obserwujesz osób, które dodają komentarze – to znajomi autora wpisu, nie twoi. Moim zdaniem to fajne zagranie Google’a. Funkcjonalność w bardzo prosty sposób przyczynia się do rozwinięcia listy kontaktów. Niektórych ludzi zaczniesz obserwować z czystej ciekawości, bo podobają ci się ich komentarze. Z drugiej strony Buzz posiada funkcję wysyłania wiadomości prywatnych, więc nie widzę problemu. W takim ujęciu sprawy, równie dobrze można przyczepić się do Blipa. Inną sprawą jest natomiast – poruszana m.in na Antyweb – kwestia „jakości” kontaktów na Gmailu, poprzez którego często kontaktujemy się np. z rodziną. W końcu nie każdy musi wiedzieć, kogo mamy w kontaktach. Tutaj Google również umożliwia zmianę ustawień domyślnych, więc jeśli komuś to przeszkadza – można się pozbyć tej funkcji.
Całkiem sensowne wydaje mi się za to stwierdzenie, że Buzz jest próbą rehabilitacji Google po klapie jaka było wydanie Wave. W odróżnieniu od Buzz, z Wave’a na poważnie skorzystałem jedynie raz a rozmowa przebiegała z wielkimi oporami. Pozostałe próby użycia „fali” skończyły się na zachęcaniu kilku osób „z kontaktów” do protestowania narzędzia. Nic z tego. Tymczasem Buzz sprawia wrażenie, jakby się naturalnie przyjął. Oczywiście powstaje pytanie, czy – i kiedy – ten optymizm wygaśnie, ale sądzę, że część użytkowników zacznie aktywnie korzystać z nowego narzędzia. Ja się do nich nie zaliczam (przynajmniej dopóki nie będzie to konieczne).
Buzz? Dziękuję, nie korzystam
Wszystko przez szum aplikacyjny (nazwa na własny użytek). O tym, czym jest szum informacyjny wie chyba większość osób czytających ten blog. Pokuszę się o stwierdzenie, że aby uporządkować szum informacyjny i wyłowić to co nas interesuje, używamy coraz większej ilości narzędzi. Natłok informacji i dostępnych kanałów (RSS, blogi, mikroblogi, serwisy społecznościowe) jest tak duży, że nie istnieje agregator, który w przejrzysty sposób zaprezentuje informację ze wszystkich kanałów. Ilość informacji i kanałów ciągle się zwiększa, z konieczności korzystamy więc z coraz większej ilości agregatorów. Ja mam przynajmniej dwa – iGoogle i TweetDeck. Dodatkowo funkcję agregatora pełni konto na Twitterze. Z pewnością nie potrzebuję kolejnego agregatora bez nowatorskich funkcji a już na pewno nie będę prowadził kolejnego mikroblogu.
Niemniej jednak nowy produkt Google może stać się faworytem marketerów. Baza 150 milionów potencjalnych klientów „na start” z pewnością jest warta zainteresowania. Tym bardziej, że samo Google nieco pcha ich w tą stronę. Na oficjalnym blogu firmy można przeczytać m.in. że fundamentem funkcjonowania Gmaila od początku była sieć społeczna. W takim ujęciu Buzz staje się narzędziem umożliwiającym integrację już istniejącej społeczności, a dodatkowo pozwala na agregację treści z czołowych serwisów społecznościowych.
AKTUALIZACJA: POPRAWKI W GOOGLE BUZZ [12.02.2010]
Po protestach internautów, którym nie podobało się ingerowanie w prywatność listy kontaktów (patrz wyżej), Google wprowadziło pierwsze poprawki. Na blogu Gmaila Wielki Brat opublikował również garść statystyk. Otóż w ciągu pierwszych dwóch dni, z Buzz’a wysłano 9 milionów wiadomości. Z mobilnej wersji aplikacji wysyłano 200 postów na minutę. Wynik całkiem dobry, z pewnością lepszy oo Wave. Jakby jednak nie patrzeć, Buzz zainteresował pewnie około 5 % wszystkich posiadaczy Gmaila – to już tak fajnie nie wygląda. Szczególnie w porównaniu do ok. 270 mln użytkowników Hotmail.com.
Co zmieniło się w Buzz?
Przede wszystkim zlikwidowano problem z „podglądaniem” listy kontaktów obserwowanych osób. Po prostu bardziej uwidoczniono opcję, która umożliwiała wprowadzenie ograniczeń w upublicznianiu danych.
Po drugie – wprowadzono możliwość zablokowania osób, które Cię obserwują (wcześniej było to możliwe jedynie na profilach publicznych).
Po trzecie – zwiększono przejrzystość listy kontaktów wyraźnie dzieląc profile na publiczne i prywatne.
Jak widać, Google bardzo szybko reaguje na uwagi internautów, a na rozwijaniu Buzza zależy mu o wiele bardziej niż przy działaniach z „Falą”. To chyba też sprawia, że porównanie googlowego mikroblogu do Śledzika jest tym bardziej nietrafione.
—————
Photo by Google (screen)
- MyTribe: nie dla mnie(Duże podobieństwo)
- Kim jest content writer?(Małe podobieństwo)
- Nie znamy społecznościówek - a po co?(Małe podobieństwo)
- Grzechy polskiego kontentu(Małe podobieństwo)
- Dobra strona prezydenta(Małe podobieństwo)


