U Maćka Budzicha trafiłem na raport o aktywności Twittera w Polsce. A że do raportów staram się podchodzić poważnie, nie lubię kiedy ich autorzy tego nie robią. Do pomysłu Twitt.pl, na wydanie swojego raportu, mam kilka uwag. Przede wszystkim – lepiej byłoby nazwać raport „Twitter po polsku według Twitt.pl” a nie tylko „Twitter po polsku 2010”. To zrozumiałe, że firma/instytucja, która raport przygotowuje chce w ten sposób promować swój profesjonalizm i budować wizerunek ekspertów. Ale – według mnie – pisanie na co drugiej stronie „Twitt.pl to i Twitt.pl tamto” jest nieco męczące.
Inną sprawą jest pytanie czy kilkustronicowe opracowanie można nazwać raportem, szczególnie jeśli poruszane tematy są ledwo muśnięte. Przykłady? Ot chociażby zastanawianie się nad tym dlaczego liczba Real Users użytkowników mikroblogów jest wyższa, niż liczba aktywnych użytkowników. Oczywiście – popularność w mediach jest jedną sprawą; obecność z paskach społecznościowych drugą. A co z pozostałymi? Na przykład z ogólną strukturą aktywności na Twitterze (musnąłem ten temat TUTAJ, przy okazji omawiania raportu firmy Baraccuda, która… podała dane o spadku zainteresowania Twitterem); kolejną sprawą jest dobre pozycjonowanie treści i szybkie indeksowanie przez Google. To sprawia, że ludzie trafiają na mikroblogi podążając za wskazaniami wyszukiwarki. Nie oznacza to jednak, że są zainteresowani tym, co znaleźli.
Dalej – raport Twitt.pl jest rozkosznie optymistyczny. Niczego nie ujmując jego autorom, nastawienie w stylu „podążając za światowymi trendami w Polsce też będziemy mieli eksplozję Twittera” jest nieco oderwane od rzeczywistości. Światowymi czyli jakimi? Amerykańskimi oczywiście. Tyle tylko, że Amerykanie wykorzystują Twittera zupełnie inaczej niż Polacy, że New York Times reklamuje w gazecie swój profil na Twitterze, a przez „ćwierkacza” można umówić się na wizytę u lekarza. To poważne różnice, które pozwalają mniemać, że Twitter w Polsce nie musi przechodzić tej samej drogi, co w USA ani Wielkiej Brytanii. Nie neguję tu możliwości, że Twitter może jeszcze odebrać nad Wisłą dużą rolę – nie sądzę jednak, że będzie w Polsce narzędziem komunikacji masowej.
Ale najsmutniej prezentuje się rozdział o biznesie na Twitterze. Prawdę mówiąc lepiej, gdyby go w ogóle nie było, ponieważ o polskim biznesie nie ma w nim niczego. Mamy kilka słów (dosłownie kilka) o Dellu (który zatrudnia kilkanaście osób i pierwsze zyski na Twitterze wygenerował po dwóch latach) i Pepsi. Poza tym pustka – a wystarczyło przejrzeć informacje o tym jak firmy z listy Fortune Top 100 wykorzystują Twittera. Fragmenty w stylu „istotą Twittera jest komunikacja” pominę milczeniem.
Ale „Twitter po polsku 2010” ma również dobre strony i należy je zdecydowanie pod kreślić. To dane o aktywności Polaków w serwisie, np. o tym, że w stosunku do 2009 liczba polskich tweetów wzrosła czterokrotnie. Twitt.pl agreguje wpisy 8 tys. polskich kont, co pozwala przypuszczać, że ilość polaków na „ćwierkaczu” oscyluje wokół tej ilości. Każdy z nich pisze średnio 375 wpisów i obserwuje 75 osób. Szczyt aktywności Polacy wykazują około godziny 20 a najbardziej obleganym dniem jest piątek.
W polskiej tweetosferze najpopularniejszym tagiem jest… #Poladwantjb, czyli Polska chce Jonas Brothers. Dla niezorientowanych, mowa to o młodocianym zespoliku powiązanym z Disney Channel. Tuż za fanami Myszki miki uplasowali się fani Nadgryzionego Jabłuszka. I właśnie takich danych – konkretnych danych typu „co, ile i w jakim czasie” powinno być w raporcie znacznie więcej. Przeczytajcie i oceńcie sami.
Kilka słów o mikroblogach w Polsce
Nie trudno zgadnąć, dlaczego fragment o biznesie na Twitetrze wypełniły informacje w stylu „czym jest Twitter”. Ogólnie mikroblogi w Polsce nie wyszły poza niszę dla geeków i miejsce działań łańcuszkowych spamerów. Najpopularniejszym mikroblogiem jest obecnie Śledzik (co nie znaczy, że jest najbardziej wpływowym) – wypływa to bardziej z efektu skali generowanego przez NK.pl, niż zainteresowania Polaków tą formą komunikacji. Tuż za nim plasuje się właśnie Twitter (wg Megapanelu ze stycznia 2010, korzystało z niego 10,6 % ankietowanych internautów).
Mikroblogi nie przyciągają jednak biznesu, i tu ich największy problem – nie jest to zresztą wyłącznie polski kłopot, Twitter również musiał się z nim mierzyć. Prowadzenie konta marki na mikroblogu różni się od prowadzenia konta np. na Facebooku – w zależności od wybranego kanału różni się grupa docelowa i ogólne zasady rządzące społecznością. Polskie mikroblogi (przypuszczam, że polska tweetosfera również) tworzy mikrospołeczności. Marki pojawiają się tam ma krótko i często odbierane są jako „kolejny kwiatek do kożucha”. Większość marketerów nie może (nie chce?) zrozumieć faktu, że obecność w mikroblogach, którą można przekuć się na wzmocnienie marki liczy się w latach a nie w tygodniach czy miesiącach. Sukcesy pokroju Skarpetkowo.pl (Flaktesty zorganizowane na Flakerze przez Virena Bhandariego okazały się strzałem w dziesiątkę) Z moich obserwacji na Blipie wynika, że po kilku tygodniach względnej aktywności działalność marek zamiera. Początkowy optymizm maleje, a do firm dociera, że polskie mikroblogi to odrębna kraina i z amerykańskim Twitterem nie mają zbyt dużo wspólnego.
—————-
fot. fragment okładki raportu "Twitter po polsku 2010"



Komentarze